Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Percy Jackson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Percy Jackson. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Rozdział 7

-No dobra to gdzie idziemy czym się tam dostaniemy- pyta się Thalia. Czuje na sobie wzrok jej i Nica. Otwieram usta, ale po chwili je zamykam. Właściwie to sam nie wiem. Wytężam swoje szare komórki
- Wydaje mi się, że do Grecji- odpowiadam po dłuższym namyśle - do świątyni wyroczni Delfickiej- kiwają głowami.
-możemy się tam dostać cieniem-proponuje Nico. Patrze na niego ze spokojem, to nie jest taki zły pomysł. Kiwam wolno głową.
Nagle czuje się słabo, upadam na kolana i zatykam uszy, słyszę głos w mojej głowie:
-obiecałeś, że nigdy się nie rozstaniemy, obiecałeś- do oczu napływają mi łzy i wtedy już na dobre mdleje. Otacza mnie ciemność, przez głowę przelatują różne wspomnienia, związane z Ann. Pocałunek, jej śmiech, szare oczy, czasem łapie się na tym, że nie mogę sobie przypomnieć ich odcienia. Czy ona naprawdę odchodzi w niepamięć? Nie, nie mogę do tego dopuścić, jest dla mnie zbyt ważna. Budzę się z głową na kolanach Thali, patrzy się na mnie z troską w błękitnych oczach. Powoli wstaję.
-ile czasu byłem nie przytomny?-Pytam. Dziewczyna powoli pomaga mi wstać. Podaje mi mój plecak.
-jakieś 10minut. Co się stało Percy?- też chciał bym wiedzieć, myślę. Ciągle kręci mi się w głowie, czuje że wszyscy się na mnie patrzą, mam ochotce się rozpłakać, ale nie mogę okazać słabości, muszę być silny.
-no to Nico prowadź-mówię w końcu, przerywając krępującą cisze. Chłopak podaje mi rękę
-Chwyć się mocno-mówi. Wykonuje jego polecenie. Thalia idzie do mnie i chwyta moje ramie. Kiedy dotyka mnie po moim ciele przebiega miły dreszcz. Uśmiecha się do mnie słabo. Znowu ogarnia mnie ciemność, ale tym razem wiem dlaczego. Słysze dziwaczne dźwięki, wokół mnie, czuje tak jakby skóra złaziła mi z twarzy, przez dużą prędkość. To zdaje się trwać w nieskończoność. Kiedy wreszcie zatrzymujemy się Nico upada a z jego nosa zaczyna lecieć krew. Wyjmuje z plecaka kawałek ambrozji i podaje go chłopakowi
-nic ci nie jest ?-pytam. Syn Hadesa kręci przecząco głową, ale przyjmuje ode mnie z wdzięcznością kawałek boskiego pokarmu
-nic mi nie będzie, to tylko zmęczenie- rozglądamy się. Tutaj czas jakby się zatrzymał, ludzie normalnie chodzą po ulicach, robią zdjęcia starym budowlom. Jak to możliwe, że nikt nic nie zauważył? Czy to możliwe, że bomba nie miała aż takiego dużego zasięgu ? Czy możliwe, że na świecie są jeszcze jacyś herosi? Zaczyna mnie boleć głowa od tych wszystkich przemyśleń, spoglądam na Thalie, ona też wydaje się nic nie rozumieć
-Nico ty wiedziałeś?-pyta
-Ja... ja zapomniałem wam o tym powiedzieć, że...
-Jak to do cholery jasnej zapomniałeś nam powiedzieć?!-nie pozwalam mu dokończyć. Z mojego gardła wydobywa się pełny rozpaczy krzyk- reszta świata wygląda tak jakby w Ameryce nic się nie stało??? jak to w ogóle możliwe ?!- Chłopak cofa się o krok jakby bał się mojego wybuchu. Thalia kładzie mi dłoń na ramieniu, żeby mnie uspokoić, ale ja odtrącam jej dłoń
-N-no bo na czas wojny Bogowie otoczyli Amerykę, taką jakby bańką... żeby nasza wojna nie spowodowała większych szkód... w innych krajach nic nie zauważyli Bogowie usunęli pamięć ludziom... Ameryka nie istnieje
-czy jest coś jeszcze o czym przypadkiem zapomniałeś nam powiedzieć???-Wdech, wydech wdech wydech, muszę zachować spokój

***
Idę po ulicach Aten, rozglądam się po starych budowlach. Ann była by zachwycona, uwielbiała starą architekturę. Spuszczam głowę i wciskam mocniej ręce w kieszeni spodni. Nie Percy nie możesz o tym myśleć. Musisz się skupić, misja jest najważniejsza. Musisz uratować Annabeth... a potem... jakoś się wszystko ułoży... ale czy będzie mogło być wszystko tak jak dawniej? 

________________
Hejj kochani po roku nieobecności!!!
postanowiłam kontynuować historię Percabeth bez Annabeth. 
Niestety Maria chyba nie będzie jej kontynuować razem ze mną
Mam nadzieje że rozdział wam się spodoba, z góry przepraszam za wszystkie błędy 
kocham was
Lena





sobota, 1 marca 2014

Rozdział 6

Wszystko jest szare, bezbarwne i kompletnie pozbawione wyrazu. Pojęcia takie jak materia czy też rzeczywistość nie istnieją. Kształty nie mają brzegów, kolory wyrazu. Wszystko jest identyczne. Jedynie moja postać niesie z sobą dynamikę koloru, tak bardzo wyróżniająca się w tej szarości. A kiedy postępuję krok w przód, miejsce, którego dotknęły moje stopy rozkwita kolorem.
- Annabeth! - próbuję biec w jej stronę, lecz w tym tłumie czarno-białych postaci jej szara sylwetka szybko znika mi z oczu. Odpycham na boki wszystkich dookoła, idę jedynie do niej. Kiedy wreszcie ją widzę, żal mnie za serce chwyta. Jest taka przygnębiona, smutna... Cicho podchodzę i gładzę ją po policzku, a na jej twarzy pojawia się rumieniec. Podnosi wzrok i mruży oczy, jakby próbowała dostrzec coś ulotnego. Całe jej ciało jest już prawie normalne, jednakże jest mi jakoś słabo. Spogląda na mnie i szepcze:
- Percy, co ty najlepszego zrobiłeś? - patrzę na moją rękę i z przestrachem zauważam, że jestem już prawie całkowicie identyczny jak wszystkie te szare postacie, podczas gdy Annabeth wygląda już prawie normalnie. Tylko na moim sercu jest jeszcze trochę koloru.
Kiedy patrzę w oczy Ann, widzę ból, który pewnie teraz czuje. Odpycha mnie od siebie szybkim, zdecydowanym ruchem, a ja spadam w jakąś otchłań, bezdenną czeluść, a w mojej głowie są tylko jej ostatnie słowa. "Nie możesz."

Podrywam się w górę i siadam na łóżku. Serce wali mi tak mocno, że jest to jedyny dźwięk, który rejestruje mój umysł. To tylko sen, to tylko sen, powtarzam sobie, może aby się uspokoić. To tylko sen.
Rozglądam się nieprzytomnie, przez chwilę myślę, że Annabeth za chwilę wejdzie i mnie pocałuje. I powie do mnie "Glonomóżdżku". Po chwili otrząsam się. To wszystko jest moją wyobraźnią. Mam nagły napad nostalgii. Za każdym razem czuję się, jakby w mojej głowie brzmiał jakiś głośny pisk. Upadam na ziemię i łapię się za głowę. Natłok wspomnień. Słyszę pukanie do drzwi chyba dopiero po znaczącym czasie od jego początku.
- Chwila - Wołam. Naciągam spodnie na siebie i zakładam obozową koszulkę. Drzwi się otwierają i widzę w nich Thalię. Jej długie czarne włosy związane są w warkocza. Ma na sobie dżinsowe spodnie i zielony T-shirt Pod jej oczami widnieją ciemne kręgi. Czyli koszmary nawiedzają także ją. Szczerze mówiąc nie dziwi mnie to.
- Mamusia cie nie uczyła, że nieładnie gapić się na innych?!- warczy. Czyli humorek też nie dopisuje.- Przyszłam cię obudzić, ale widzę że zrobiłeś to sam. Z łaski swojej idź teraz obudzić Nico. - z tym miłym akcentem kończy dyskusję wychodząc z pomieszczenia.
Wychodzę z mojego "pokoju". Staję przed drzwiami i pukam. Odpowiada mi cisza, więc wchodzę. Jest ciemno, więc trochę trwa dopóki nie przyzwyczajam się do tego światła. Zapalam lampę. Nikogo nie ma.
- Czego chcesz? - słyszę za sobą. Odwracam się i widzę... właściwie nic. Lampa gaśnie prawie w tej samej chwili, w której ją zapalam. Syn Hadesa chyba lubi ciemność. Ookej, to zabrzmiało trochę głupio.
-Nico, odpuść sobie. - mówię niezbyt głośno, bo sam przecież przed byłem zaspany. - Obudź się.
- Przecież nie śpię. Przez ciebie. Która jest niby godzina?! - wcale nie brzmi to oskarżycielsko, ale nie mogę powstrzymać uśmiechu.
- Wpół do komina. Wstawaj, czas iść na wyprawę- mówię starając się nie zabrzmieć natrętnie.
- Spadaj - mruczy chłopak w poduszkę. No dobra, wydaje mi się, że jestem jedyną osobą na świecie (nie przesadzam!), która dzisiaj nie ma złego humoru.
- Sam tego chciałeś - Już po chwili chłopak jest cały mokry.
- *Χολέρα, Πέρσι... - mruczy po grecku. Nie chcę mu już przeszkadzać, więc wychodzę z jego sypialni. Wchodzę do kuchni gdzie stoi Thalia. Akurat robi sobie kawę.
- Chcesz?- pyta. Kiwam głową. Przyda mi się coś pobudzającego.
_________________
*Cholera, Percy
Bardzo przepraszamy, że nie było tyle rozdziałów. Mamy nadzieje, że nam wybaczycie.
Miłego czytania
Maria i Lena 

wtorek, 7 stycznia 2014

Rozdział 5.

- Nico, ja nie wiem, co ty przeżywasz, ani co ci się stało, ale czy możesz wreszcie przestać mówić zagadkami? - Jedno z moich największych pragnień. Przynajmniej na okres teraźniejszy. Nico zamyśla się i nostalgicznie spogląda na wodę. Siedzimy - znaczy ja i on - na gruzach jednego z największych wieżowców. Zawsze, kiedy patrzę wokół, czuję ciemną gorycz, która narasta z każdym dniem.
Ameryka - kiedyś jedno z najważniejszych państw na świecie, ośrodek "zachodniej cywilizacji". Teraz - dymiące jeszcze pogorzelisko. Nic już nie będzie takie samo. Nigdy. Świat się zmienił, zresztą ja też.
Nie jestem tym dwunastolatkiem, który odnalazł skradziony piorun Zeusa.
Nie jestem tym dzieciakiem, który obronił swoją mamę przed śmiercią i odnalazł drogę przez Labirynt.
Nie jestem już tym samym szesnastolatkiem, który uratował Olimp i pokonał Kronosa.
Tamten Percy Jackson, półbóg, syn Posejdona już nie istnieje. Jestem tylko ja - pokrzywdzony przez los, wkraczający w życie młody człowiek pozbawiony przyjaciół i rodziny. Dzieciak, który chciał być herosem.

***

W mętnej toni wodnej nie  widać prawie nic. To właśnie najbardziej lubię: samotność. Może się wydawać, że we współczesnym świecie trudno jej unikać, ale mi nie chodzi o przebywanie w odosobnieniu od innych ludzi. Chodzi mi o inny wymiar samotności, którego mogą pragnąć jedynie ci, których dręczy samotność. Nie wymagam, aby ktokolwiek to rozumiał. I lepiej. Nie pragnę żadnego zrozumienia.
Powoli wypływam na powierzchnię. Do brzegu jest z pięćdziesiąt metrów, ale mi to nie wadzi. Przecież nie mam, po co się spieszyć. Kiedy dopływam do brzegu, słońce chyli się już ku zachodowi.
Powoli wychodzę z wody, wycieram się ręcznikiem i idę do mojego wagonu. W środku siedzi tylko Nico patrzy w dał siadam obok niego
- Gdzie Thalia?- Pytam spokojnie
- Wyszła się przewietrzyć- wzrusza ramionami. Między nami panuje nie zręczna cisza
- Nico to, kto wie jak uratować Ann?-Chłopak skruszoną minę.
- Eee...Wyrocznia delficka??- Patrzę na niego jak na UFO. Biorę głęboki oddech. Nico ostrożnie się odsuwa z obawy, że zaraz wybuchnę. Ma rację. Bardzo mam ochotę wybuchnąć.
- Tyle to ja też wiem.- Wstaję i wychodzę. Na zewnątrz widzę Thalia ćwiczy walkę z drzewem. Podchodzę do niej od tyłu i już po chwili leżę na ziemi.
- Ach Percy, to ty!- Podaje mi rękę żebym mógł wstać. Rozmasowuje bolące miejsce
-a kogo się spodziewałaś-uśmiecha się- Thalia jest jedna sprawa. Chodź na chwilę- dziewczyna odkłada  powoli miecz i idzie za mną. Opowiadam jej o tym, co mi powiedział Nico. Thalia spogląda przed siebie ze spokojem.  - Ruszamy na misję - uśmiecham się, choć dawno już tego nie robiłem.

______________
Ten rozdział dedykujmy wszystkim komentującym a szczególnie naszej Igusi, która komentuje każdy rozdział.:*
Miłego czytania
P.S Odpowiedź na wszystkie pytania co do tego, czy Percy będzie z Ann, czy z Thalia znajduje się w adresie internetowym naszego bloga:)
Lena i Maria

wtorek, 31 grudnia 2013

Rozdział 4.

Nadal siedzę z obojętnym wyrazem twarzy, ale moje serce się raduje, a rozum dziwi. Jak to? Czyli jest szansa że ona może przeżyć, że jeszcze nie wszystko stracone? Ale.. jak? To jedyne pytanie, na które sam nie umiem odpowiedzieć. Nie chce mi się wierzyć w słowa chłopaka. Wiem, ze mnie nie okłamuje, ale nie mam pojęcia, jak to możliwe. Nie wiem...
Kiedy słyszę kroki, natychmiastowo podrywam się do góry. Musiałem chyba przysnąć. Przychodzi Thalia i kuca obok mnie.
 -Percy co ci jest? Siedzisz tu już od pół godziny. - W jej głosie słyszę troskę. Patrzę się w jej niewyobrażalnie niebieskie tęczówki i wiem, że nie mógłbym jej teraz okłamać.
 -Annabeth, ona...-zacinam się, nie umiem wypowiedzieć tego na głos.
- Co z nią? - pyta się córka Zeusa. Niczego nie rozumie.
- Nie uwierzysz mi. - mówię, choć to nie jest odpowiedź na jej pytanie.
- Nawet jeśli ci nie uwierzę, to chcę wiedzieć. - Taka właśnie jest Thalia. nie wiem, jak sformułować tę wiadomość, ale jej powiem. W końcu od czego ma się przyjaciół... A mi zostało tak niewielu...
- Chodzi o to... Możliwe że... że ją można... uratować - od wypowiedzenia tego na głos przechodzą mnie dreszcze.
- Co takiego?! - Wstaje i na chwilę wychodzi, po czym wraca i  siada przy stole, zakrywając twarz rękoma
Podchodzę do niej i odkrywam jej oczy, są zaczerwienione.
-Thalia nie płacz-potrząsam nią ona patrzy na mnie smutno. Jej oczy wyrażają za razem szczęście jak i smutek. Po chwili nie spodziewanie się do mnie przytula, na początku stoję sztywno, to dziwne uczucie osiemnastoletnia dziewczyna się do mnie przytula, później przypomina mi się Annabeth która też kiedyś tak właśnie się do mnie przytuliła, ale mimo tego i tak zaczynam gładzić Thalię po głowie
- Spokojnie wszystko będzie dobrze, ale swoją drogą powinnaś podziękować Nico-nie widzę jej twarzy ale wiem że się uśmiechnęła. w tym momencie wchodzi Nico. Popatrzył się na mnie dziwnie. Ja jak oparzony odskakuję od Thalii, a ona rumieni się.
- Eeee... ten no... to, Nico czyli jak można przywrócić Ann ?- pytam się szybko, chcąc skierować rozmowę na inny temat.
- Właściwie to... - zaczyna Nico, powoli się wycofując. Czego on się obawia? Co chce nam powiedzieć? - to ja nie wiem...
Spokojnie. Bez agresji. Nie zrobię mu krzywdy.
Już po chwili się w miarę ogarniam, na tyle, aby zadać pytanie "Jak to nie wiesz?"
- Nie wiem, - mówi syn Hadesa - ale wiem, kto wie.-kiwam spokojnie głową przyjmując do wiadomości nawet to, że możliwe jest nawet to, że ten ktoś nie żyje.  Już dosyć zła doświadczyłem w tym świecie.

***

Siedzę na kamieniu, na którym spędziłem juz przecież tyle godzin. Jak zawsze, opowiadam o tym, co się zdarzyło, co czuję. Słowa wypowiedziane w przestrzeń, jakaś głupota. Nic nie zmieni. Ale nie dla mnie. Dla mnie to coś więcej niż jedynie chwila zadumy, czas by posiedzieć w miejscu, które ustaliliśmy na upamiętniające moją dziewczynę. Ona nie zginęła na próżno. Chciała zmienić świat na lepsze. Chciała powstrzymać tę wojnę. To, że umarła, nie znaczy, że mam o niej zapomnieć. Przecież wiedziałaby, że tego nie zrobię. Nigdy bym tego nie zrobił. Nie zapomnę jej.
Annabeth była kimś więcej... Nie tylko heroską, córką Ateny, moją dziewczyną.
Nie była zwykłym człowiekiem.
Była bohaterką.
 I jej pamięć będzie trwać wiecznie.

______________________________________
Notka nieco dłuższa, niż poprzednia. Niewiele, ale zawsze coś. Prynajmniej (w przeciwieństwie do poprzedniego) można to nazwać rozdziałem ;).
Aha, zmieniła się playlista. Zamiast piosenki "Radioactive", pojawiła się ścieżka dźwiękowa z pewnego filmu. Chyba bardziej pasuje do nastroju bloga, bo jest taka smutna i wyniosła (oprócz końcówki xD). Napiszcie w komentarzu, co sądzicie.
Lena i Maria

niedziela, 1 grudnia 2013

Rozdział 3.

Patrzę bezradnie na walające się po podłodze rzeczy, gdy nagle słyszę otwierające się drzwi spoglądam w tamtą strone, stoi tam Thalia.
-Co tu...- Nie musi kończyć, bo oboje wiemy kto to zrobił
-Nico - mówimy zgodnie.
-Gdzie on jest?-pyta. Wzruszam ramionami, ale nagle przychodzi mi do głowy jedno miejsce. Miejsce, w którym mam największe szanse go spotkać.
- Zaraz wracam! - Rzucam przez ramię i wybiegam z wagonu. Odwracam wzrok jak to zawsze robię kiedy chce płakać ale ty razem się nie udaje. Przy grobie Annabeth widzę klęczącą postać. Kładę mu rękę na ramie on odwraca się.
- Annabeth nie żyje. - stwierdza Nico. Tak po prostu, bez składania mi żadnych kondolencji i chyba to właśnie sprawia, że łatwiej jest mi się z tym pogodzić i że odpowiadam:
-Tak. - nie wiem, co mam powiedzieć.
- A bogowie przenieśli się do Grecji. - zaskakuje mnie to nieco, ale niech będzie. Mogę mu zaufać, od kiedy pamiętam zawsze był dobrym źródłem informacji. - Percy, chcę ci powiedzieć, że...
- Nie chcę wiedzieć. - przerywam mu. Naprawdę nie pomoże mi teraz żadna informacja, której ten chłopak może mi dostarczyć.
Spoglądam w wodę. Czuję taką złość, na bogów, na Olimp. Jak oni mogli tak po prostu sobie pójść i zapomnieć o tych wszystkich, którzy zginęli, o moich wszystkich przyjaciołach, o rzymskich półbogach, o Annabeth... Jak tak można?! Rozumiem, że to bogowie i że oni są nieśmiertelni, ale oni byli ich dziećmi!
- Percy. - ten głos przywołuje mnie do rzeczywistości. - Ja nie chciałem ci robić złudnej nadziei, ale... - Nico przerywa na chwilę, pewnie się zastanawia, czy kontynuować. Szczerze mówiąc, nie wiem, co on ma do powiedzenia. Widziałem śmierć Ann. Cokolwiek teraz powie, na pewno nie zrobi mi złudnej nadziei, ani nawet żadnej nadziei.
- Wiesz, Percy... Jest szansa, że można przywrócić ją do życia. - Myliłem się. Mam nadzieję, że Nico nie.
___________________
Doczekaliście się trzeciego rozdziału :) I oto on. Wiemy, że jest bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, ale to bardzo krótki, ale postanowiłyśmy wam go udostępnić z TYM zakończeniem, które chyba was uszczęśliwi :p
Lena i Maria

sobota, 30 listopada 2013

Rozdział 2.

Otrząsam się, to już przeszłość. Ona nie żyje, a ja i Thalia jesteśmy jedynymi herosami na świecie, jedynymi ludźmi w Ameryce. Nic już nigdy nie będzie takie samo. Już nigdy.
 Znowu spoglądam na Nico i z trudem ciągnę go do naszego "domu" - wykolejonego wagonu pociągu, który miał wypadek w momencie jednej z eksplozji. Ma trzy przedziały, czyli, że jest dla nas idealny: w jednym jest stolik, dwa krzesła oraz dwie koje, w drugim wiele wygodnych foteli i parę stolików, zapewne to przedział restauracyjny*, którego my używamy jak salonu. Trzeci przedział jest podobny do pierwszego, tyle że jest w nim toaleta. Ja mieszkam w pierwszym, a Thalia w trzecim. Myję się w morzu, dla mnie to żadna różnica. Przynajmniej nie muszę się bać, że utonę. Ale co mi z tego że jestem synem Posejdona, skoro to już nic nie znaczy? Wszystko przepadło...
Wyrywam się ze wspomnień i wracam do rzeczywistości. Układam chłopaka jako tako na jednym z łóżek w moim przedziale. Ciągle jest nieprzytomny, ale wygląda raczej zdrowo, bo w jego przypadku trochę ciężko mi to określić: bardzo blada cera, ciemne oczy, włosy, ubranie - typowy syn Hadesa. 
Zostawiam na stoliku szklankę nektaru i jakiś batonik, w zasięgu jego ręki i wychodzę na dwór. Wieje chłodny, jesienny wiatr i jest mi nieco zimno, ale nie zwracam na to uwagi. Zauważyłem, że od pewnego czasu nie zwracam uwagi na wiele rzeczy, które powinny być dla mnie znaczące, ale tym razem dokładnie wszystko rejestruję. 
Właściwie nie wiem, dokąd idę, nogi same mnie niosą. Mijam zwalone budynki, kratery po bombach, aż w końcu dochodzę do miejsca, w którym gruzy tworzą hałdę, całkowicie zasłaniając drogę. Powoli wspinam się na ruinę, przecież mi się nie spieszy. Kiedy dochodzę na szczyt, jestem kompletnie oziębiony. Staję i patrzę na chylące się już ku zachodowi słońce. Widzę każdy ruch fal morskich i postanawiam pójść popływać, gdy nagle widzę, że ktoś mnie obserwuje. Właściwie nie widzę, tylko czuję. Słyszę łagodny szum i nie muszę się odwracać, aby wiedzieć, kto to. 
- I co? - pytam się, nie spuszczając wzroku.
- Musisz mi wyjaśnić... pewną rzecz, Percy. - mówi Thalia ledwo słyszalnie. Odwracam się i spoglądam jej w oczy. Nawet nie pytam, o co jej chodzi tylko bez słowa odwracam się i idę w kierunku naszego miejsca zamieszkania.


***


Kiedy docieram na miejsce, Thalia stoi już na dachu pociągu. Na ten widok mimowolnie się uśmiecham, co ostatnio jest u mnie niezmiernie rzadkie. Ona dostrzega moje rozbawienie:

- No co? To najszybszy środek transportu! - Powstrzymuję się od parsknięcia śmiechem: dobrze wiem, że już dawno pokonała swój lęk wysokości i latanie jest jej pasją. Jednak zostawiam jej ostatnie słowo i wchodzę do środka, a Thalia po chwili idzie w moje ślady. Wchodzimy do "salonu" i widzę, że wszystkie nasze rzeczy są porozrzucane po pomieszczeniu, jakby ktoś czegoś szukał w pośpiechu.
- Rany, Nico... - szepczę tak cicho, że prawie mnie nie słychać. - Co ty zrobiłeś...

____________________
Jest i obiecywany rozdział :) Możliwe, że w najbliższym czasie nie będzie się nic pojawiać, chyba że od Leny, bo Maria jest finalistką konkursu kuratoryjnego z polskiego :))
Maria i Lena

wtorek, 19 listopada 2013

Rozdział 1.

Budzę sie rano w naszym wagonie, w moim przedziale i myślę o tym, co sie stało. A stało sie cos takiego, ze szkoda słow. Po prostu z niektórych dobrych rzeczy wynikają rzeczy bardzo złe. Tak było także w tym przypadku, a było to tak:
Bogini Hera, królowa niebios w pewnym momencie zrobiła cos bardzo niebezpiecznego: uświadomiła nam z Obozu Herosów istnienie tych z Obozu Jupiter i na odwrót. Czemu wcześniej nie wiedzieliśmy o sobie? Otóż, dlatego, ze za każdym razem wywoływaliśmy i toczyliśmy ze sobą wielkie wojny, w których, chcąc nie chcąc, automatycznie uczestniczyli tez śmiertelnicy. Niby wałczyliśmy ramie w ramie w słusznej sprawie i wszystko było fajnie, ale tak naprawdę kiedyś musiała nastać ta wojna. Rzymianie i Grecy nie potrafiliby żyć razem i sie tolerować. Miarka sie przebrała, gdy jakiś głupi syn Marsa postanowił użyć broni atomowej. I teraz tak wygląda świat. - Wyglądam przez okno na dymiące jeszcze ruiny. Radioaktywność, apokalipsa, koniec cywilizacji, jak zwał, tak zwał. Dla mnie to przede wszystkim okres żałoby. Niby wiem, ze w życiu musze iść dalej, ze kiedyś musze sie przyzwyczaić, ale nie umiem. Żałoba nie była wystarczająco długa, stało sie to zbyt szybko.
Po moim policzku spływa samotna łza. Praeterea necesse ire,  powiedziałaby Ann.


***

- Percy! - Usłyszałem jakiś głos, który wyrywa mnie z zamyślenia. Momentalnie sie obróciłem, ale nikogo nie zauważyłem. Kto to mógł być? Jestem pewny, ze to nie Thalia, a ona jest jedyna osoba, która przetrwała i która... On zna moje imię!
- Tutaj jestem! - Starałem się sie ukryć podniecenie w moim głosie. Szedłem dalej przez labirynt uliczek z mnóstwem zawalonych budynków w stronę tego głosu. Kiedy go zobaczyłem, poczułem jakby porażenie piorunem, co w sumie nie byłoby dla mnie nowe, ale Thalia była daleko. Był tu za to nieprzytomny Nico di Angelo.
Podbiegłem do niego i sprawdziłem prostym sposobem, którego nauczyła mnie Annabeth, czy jeszcze żyje. Przez chwile zastanawiałem sie, dlaczego zemdlał, skoro nie był ranny, ale przypomniałem sobie, co mi kiedyś mówił, o podroży cieniem, i ze to zużywa dużo energii. Dobra, ale musze go stad zabrać... Co w tej sytuacji zrobiłaby Ann?...
Nie! Musze przestać o niej Myślec!
Myślenie o niej sprawia mi ból.
Kiedy o niej nie myślę, czuje jakąś dziwna pustkę?
Moja świadomość nie może przyjąć do wiadomości tego, co sie stało. Powinienem kiedyś spokojnie wszystko sobie przemyśleć, ale na to potrzebuje czasu. Czasu, który usilnie staram się sie zapełnić jak największa ilością zajęć: od sprzątania najbliższej okolicy do szukania osób, które przeżyły (hoc wiem, ze takich nie ma).
Moje obecne życie jest tylko ucieczka.
Ucieczka od rzeczywistości.
Ucieczka od prawdy.
Ucieczka przed słowami, które kiedyś musze wypowiedzieć.
Ucieczka przed stwierdzeniem faktu, ze Annabeth nie żyje.

***

Pamiętam, ze kiedyś, kiedy miałem dwanaście lat, moja mama umarła. Wtedy myślałem, ze mogę ot tak sobie pójść do Hadesu i przywrócić ja do życia. Teraz juz wiem, ze to niemożliwe (mama, co prawda wróciła do życia, ale to inna historia). I teraz żyje z ta świadomością, ze tego juz sie nie da cofnąć, ze ona juz nie wróci...
W tym momencie przywołuje sie do rzeczywistości: żadnych głębokich przemyśleń! Jest jak jest i nic tego nie zmieni. To taka sztuczka, która juz dawno opanowałem: nie mogę za bardzo zagłębiać sie w żałobę, bo sie nie wykaraskam. W takich momentach staram się sie skupić na jakiejś rzeczy w rzeczywistości. Tym razem pierwsza rzeczą, na która pada Moj wzrok jest nagrobek Annabeth, w związku, z czym nieco trudno jest mi powstrzymać wspomnienia. Niedługo potem odpływam w ich mrok. Zanurzam sie we wspomnieniach.
Wspomnienia...
Wystrzeliłem w gore, jednocześnie ciągnąc za sobą słup wody. Razem z wielka fala wpadłem na brzeg, przy okazji zwalając z nóg kilkunastu Rzymian. Wyjąłem z kieszeni miecz i rzuciłem sie w wir walki. Przelotnie widziałem niektórych z moich przyjacioł. Thalia Grace walczyła ze swoim bratem, Jasonem (ona była z Grecji, a on z Rzymu, wiem, ze to dziwne). Rozejrzałem się sie dookoła i poczułem bolesne ukłucie w sercu. Nowy Jork bardziej przypominał ruinę, niz. miasto. Olimp jeszcze jakoś sie trzymał, ale wiedziałem, ze to tylko kwestia czasu. Wtedy zobaczyłem Ann. Stała pomiędzy paroma chłopcami w rzymskich zbrojach. Juz chciałem sie rzucić w jej stronę, ale w tym samym momencie usłyszałem wielki huk. Obróciłem sie i zobaczyłem, jak Empire State Building upada. Prosto na mnie. Wiedziałem, ze juz nie zdążę uciec, gdy poczułem gwałtowny podmuch wiatru. Kiedy otwarłem oczy, zauważyłem, ze unośże sie w powietrzu.
-Thalia! - Krzyknąłem, gdy zobaczyłem moja przyjaciółkę, córkę Zeusa. Z Thalia jest pewien problem. Teraz powinna mięć około 30 lat, ale gdy miała dwanaście, została zamieniona w drzewo. Niedługo po tym, jak wróciła do życia, przyłączyła sie do Łowczyń Artemidy, które nigdy sie nie starzeją się, wiec była teraz w moim wieku. Jednak w środku wojny, podczas totalnej apokalipsy nie było to ważne, nawet nie było wiadomo, czy organizacje takie, jak Łowczynie Artemidy Beda istnieć.
 -Pomóżmy Ann! - Krzyknąłem przez wiatr. Thalia wyraziła zgodę skinieniem głowy - moja dziewczyna była jej przyjaciółka. Wiatr pchnął mnie szybciej i pomknęliśmy i wtedy zobaczyłem Annabeth. Dookoła niej było juz niewielu przeciwników. Była umazana krwią, ale na Moj widok rozpromieniła sie i pobiegła w moja stronę.
- Percy! - Uśmiechnęła się sie do mnie. Uświadomiłem sobie, ze to było ostatnie słowo w jej życiu. Moje imię. Potem sprawy potoczyły się tak szybko.... Usłyszałem czyjś krzyk. Kiedy się zorientowałem, do kogo należał głos, także rzuciłem się w stronę Ann, ale nie zdążyłem jej powstrzymać. Postąpiła jeszcze jeden krok do przodu.
Wybuch odrzucił mnie wiele kilometrów do tyłu, gdybym nie wpadł do wody, na pewno zginąłbym.
Teraz jestem pewien, że nikt nie przeżył tej eksplozji. Ja byłem w wodzie, Thalia w powietrzu. Tylko dlatego przeżyliśmy. Wyłącznie dlatego jesteśmy teraz ostatnimi ludźmi na świecie. 

 ____________________ 
Jej, jest już rozdział 1. Mam nadzieję, że jest dla was ciekawy. Jeśli tak, to napiszcie w komentarzu, co myślicie :) I co do bloga: moja koleżanka Lena będzie go pisać razem ze mną, więc wypada, abym ja także się podpisywała :3 Maria