sobota, 30 listopada 2013

Rozdział 2.

Otrząsam się, to już przeszłość. Ona nie żyje, a ja i Thalia jesteśmy jedynymi herosami na świecie, jedynymi ludźmi w Ameryce. Nic już nigdy nie będzie takie samo. Już nigdy.
 Znowu spoglądam na Nico i z trudem ciągnę go do naszego "domu" - wykolejonego wagonu pociągu, który miał wypadek w momencie jednej z eksplozji. Ma trzy przedziały, czyli, że jest dla nas idealny: w jednym jest stolik, dwa krzesła oraz dwie koje, w drugim wiele wygodnych foteli i parę stolików, zapewne to przedział restauracyjny*, którego my używamy jak salonu. Trzeci przedział jest podobny do pierwszego, tyle że jest w nim toaleta. Ja mieszkam w pierwszym, a Thalia w trzecim. Myję się w morzu, dla mnie to żadna różnica. Przynajmniej nie muszę się bać, że utonę. Ale co mi z tego że jestem synem Posejdona, skoro to już nic nie znaczy? Wszystko przepadło...
Wyrywam się ze wspomnień i wracam do rzeczywistości. Układam chłopaka jako tako na jednym z łóżek w moim przedziale. Ciągle jest nieprzytomny, ale wygląda raczej zdrowo, bo w jego przypadku trochę ciężko mi to określić: bardzo blada cera, ciemne oczy, włosy, ubranie - typowy syn Hadesa. 
Zostawiam na stoliku szklankę nektaru i jakiś batonik, w zasięgu jego ręki i wychodzę na dwór. Wieje chłodny, jesienny wiatr i jest mi nieco zimno, ale nie zwracam na to uwagi. Zauważyłem, że od pewnego czasu nie zwracam uwagi na wiele rzeczy, które powinny być dla mnie znaczące, ale tym razem dokładnie wszystko rejestruję. 
Właściwie nie wiem, dokąd idę, nogi same mnie niosą. Mijam zwalone budynki, kratery po bombach, aż w końcu dochodzę do miejsca, w którym gruzy tworzą hałdę, całkowicie zasłaniając drogę. Powoli wspinam się na ruinę, przecież mi się nie spieszy. Kiedy dochodzę na szczyt, jestem kompletnie oziębiony. Staję i patrzę na chylące się już ku zachodowi słońce. Widzę każdy ruch fal morskich i postanawiam pójść popływać, gdy nagle widzę, że ktoś mnie obserwuje. Właściwie nie widzę, tylko czuję. Słyszę łagodny szum i nie muszę się odwracać, aby wiedzieć, kto to. 
- I co? - pytam się, nie spuszczając wzroku.
- Musisz mi wyjaśnić... pewną rzecz, Percy. - mówi Thalia ledwo słyszalnie. Odwracam się i spoglądam jej w oczy. Nawet nie pytam, o co jej chodzi tylko bez słowa odwracam się i idę w kierunku naszego miejsca zamieszkania.


***


Kiedy docieram na miejsce, Thalia stoi już na dachu pociągu. Na ten widok mimowolnie się uśmiecham, co ostatnio jest u mnie niezmiernie rzadkie. Ona dostrzega moje rozbawienie:

- No co? To najszybszy środek transportu! - Powstrzymuję się od parsknięcia śmiechem: dobrze wiem, że już dawno pokonała swój lęk wysokości i latanie jest jej pasją. Jednak zostawiam jej ostatnie słowo i wchodzę do środka, a Thalia po chwili idzie w moje ślady. Wchodzimy do "salonu" i widzę, że wszystkie nasze rzeczy są porozrzucane po pomieszczeniu, jakby ktoś czegoś szukał w pośpiechu.
- Rany, Nico... - szepczę tak cicho, że prawie mnie nie słychać. - Co ty zrobiłeś...

____________________
Jest i obiecywany rozdział :) Możliwe, że w najbliższym czasie nie będzie się nic pojawiać, chyba że od Leny, bo Maria jest finalistką konkursu kuratoryjnego z polskiego :))
Maria i Lena

wtorek, 19 listopada 2013

Rozdział 1.

Budzę sie rano w naszym wagonie, w moim przedziale i myślę o tym, co sie stało. A stało sie cos takiego, ze szkoda słow. Po prostu z niektórych dobrych rzeczy wynikają rzeczy bardzo złe. Tak było także w tym przypadku, a było to tak:
Bogini Hera, królowa niebios w pewnym momencie zrobiła cos bardzo niebezpiecznego: uświadomiła nam z Obozu Herosów istnienie tych z Obozu Jupiter i na odwrót. Czemu wcześniej nie wiedzieliśmy o sobie? Otóż, dlatego, ze za każdym razem wywoływaliśmy i toczyliśmy ze sobą wielkie wojny, w których, chcąc nie chcąc, automatycznie uczestniczyli tez śmiertelnicy. Niby wałczyliśmy ramie w ramie w słusznej sprawie i wszystko było fajnie, ale tak naprawdę kiedyś musiała nastać ta wojna. Rzymianie i Grecy nie potrafiliby żyć razem i sie tolerować. Miarka sie przebrała, gdy jakiś głupi syn Marsa postanowił użyć broni atomowej. I teraz tak wygląda świat. - Wyglądam przez okno na dymiące jeszcze ruiny. Radioaktywność, apokalipsa, koniec cywilizacji, jak zwał, tak zwał. Dla mnie to przede wszystkim okres żałoby. Niby wiem, ze w życiu musze iść dalej, ze kiedyś musze sie przyzwyczaić, ale nie umiem. Żałoba nie była wystarczająco długa, stało sie to zbyt szybko.
Po moim policzku spływa samotna łza. Praeterea necesse ire,  powiedziałaby Ann.


***

- Percy! - Usłyszałem jakiś głos, który wyrywa mnie z zamyślenia. Momentalnie sie obróciłem, ale nikogo nie zauważyłem. Kto to mógł być? Jestem pewny, ze to nie Thalia, a ona jest jedyna osoba, która przetrwała i która... On zna moje imię!
- Tutaj jestem! - Starałem się sie ukryć podniecenie w moim głosie. Szedłem dalej przez labirynt uliczek z mnóstwem zawalonych budynków w stronę tego głosu. Kiedy go zobaczyłem, poczułem jakby porażenie piorunem, co w sumie nie byłoby dla mnie nowe, ale Thalia była daleko. Był tu za to nieprzytomny Nico di Angelo.
Podbiegłem do niego i sprawdziłem prostym sposobem, którego nauczyła mnie Annabeth, czy jeszcze żyje. Przez chwile zastanawiałem sie, dlaczego zemdlał, skoro nie był ranny, ale przypomniałem sobie, co mi kiedyś mówił, o podroży cieniem, i ze to zużywa dużo energii. Dobra, ale musze go stad zabrać... Co w tej sytuacji zrobiłaby Ann?...
Nie! Musze przestać o niej Myślec!
Myślenie o niej sprawia mi ból.
Kiedy o niej nie myślę, czuje jakąś dziwna pustkę?
Moja świadomość nie może przyjąć do wiadomości tego, co sie stało. Powinienem kiedyś spokojnie wszystko sobie przemyśleć, ale na to potrzebuje czasu. Czasu, który usilnie staram się sie zapełnić jak największa ilością zajęć: od sprzątania najbliższej okolicy do szukania osób, które przeżyły (hoc wiem, ze takich nie ma).
Moje obecne życie jest tylko ucieczka.
Ucieczka od rzeczywistości.
Ucieczka od prawdy.
Ucieczka przed słowami, które kiedyś musze wypowiedzieć.
Ucieczka przed stwierdzeniem faktu, ze Annabeth nie żyje.

***

Pamiętam, ze kiedyś, kiedy miałem dwanaście lat, moja mama umarła. Wtedy myślałem, ze mogę ot tak sobie pójść do Hadesu i przywrócić ja do życia. Teraz juz wiem, ze to niemożliwe (mama, co prawda wróciła do życia, ale to inna historia). I teraz żyje z ta świadomością, ze tego juz sie nie da cofnąć, ze ona juz nie wróci...
W tym momencie przywołuje sie do rzeczywistości: żadnych głębokich przemyśleń! Jest jak jest i nic tego nie zmieni. To taka sztuczka, która juz dawno opanowałem: nie mogę za bardzo zagłębiać sie w żałobę, bo sie nie wykaraskam. W takich momentach staram się sie skupić na jakiejś rzeczy w rzeczywistości. Tym razem pierwsza rzeczą, na która pada Moj wzrok jest nagrobek Annabeth, w związku, z czym nieco trudno jest mi powstrzymać wspomnienia. Niedługo potem odpływam w ich mrok. Zanurzam sie we wspomnieniach.
Wspomnienia...
Wystrzeliłem w gore, jednocześnie ciągnąc za sobą słup wody. Razem z wielka fala wpadłem na brzeg, przy okazji zwalając z nóg kilkunastu Rzymian. Wyjąłem z kieszeni miecz i rzuciłem sie w wir walki. Przelotnie widziałem niektórych z moich przyjacioł. Thalia Grace walczyła ze swoim bratem, Jasonem (ona była z Grecji, a on z Rzymu, wiem, ze to dziwne). Rozejrzałem się sie dookoła i poczułem bolesne ukłucie w sercu. Nowy Jork bardziej przypominał ruinę, niz. miasto. Olimp jeszcze jakoś sie trzymał, ale wiedziałem, ze to tylko kwestia czasu. Wtedy zobaczyłem Ann. Stała pomiędzy paroma chłopcami w rzymskich zbrojach. Juz chciałem sie rzucić w jej stronę, ale w tym samym momencie usłyszałem wielki huk. Obróciłem sie i zobaczyłem, jak Empire State Building upada. Prosto na mnie. Wiedziałem, ze juz nie zdążę uciec, gdy poczułem gwałtowny podmuch wiatru. Kiedy otwarłem oczy, zauważyłem, ze unośże sie w powietrzu.
-Thalia! - Krzyknąłem, gdy zobaczyłem moja przyjaciółkę, córkę Zeusa. Z Thalia jest pewien problem. Teraz powinna mięć około 30 lat, ale gdy miała dwanaście, została zamieniona w drzewo. Niedługo po tym, jak wróciła do życia, przyłączyła sie do Łowczyń Artemidy, które nigdy sie nie starzeją się, wiec była teraz w moim wieku. Jednak w środku wojny, podczas totalnej apokalipsy nie było to ważne, nawet nie było wiadomo, czy organizacje takie, jak Łowczynie Artemidy Beda istnieć.
 -Pomóżmy Ann! - Krzyknąłem przez wiatr. Thalia wyraziła zgodę skinieniem głowy - moja dziewczyna była jej przyjaciółka. Wiatr pchnął mnie szybciej i pomknęliśmy i wtedy zobaczyłem Annabeth. Dookoła niej było juz niewielu przeciwników. Była umazana krwią, ale na Moj widok rozpromieniła sie i pobiegła w moja stronę.
- Percy! - Uśmiechnęła się sie do mnie. Uświadomiłem sobie, ze to było ostatnie słowo w jej życiu. Moje imię. Potem sprawy potoczyły się tak szybko.... Usłyszałem czyjś krzyk. Kiedy się zorientowałem, do kogo należał głos, także rzuciłem się w stronę Ann, ale nie zdążyłem jej powstrzymać. Postąpiła jeszcze jeden krok do przodu.
Wybuch odrzucił mnie wiele kilometrów do tyłu, gdybym nie wpadł do wody, na pewno zginąłbym.
Teraz jestem pewien, że nikt nie przeżył tej eksplozji. Ja byłem w wodzie, Thalia w powietrzu. Tylko dlatego przeżyliśmy. Wyłącznie dlatego jesteśmy teraz ostatnimi ludźmi na świecie. 

 ____________________ 
Jej, jest już rozdział 1. Mam nadzieję, że jest dla was ciekawy. Jeśli tak, to napiszcie w komentarzu, co myślicie :) I co do bloga: moja koleżanka Lena będzie go pisać razem ze mną, więc wypada, abym ja także się podpisywała :3 Maria

czwartek, 7 listopada 2013

Prolog

Hektolitry wody uderzyły w ścianę i rozsadziły ją na małe kawałeczki. Dobra, niech moja złość się udziela dookoła, co to zmieni? Ruszyłem dalej brzegiem morza. Czemu?! Byłem teraz gotowy zamordować każdego, kto mi przeszkodzi. Woda obmywała moje bose stopy. W jednej sekundzie odwróciłem się. On oczywiście tam stał. Chciał chyba coś powiedzieć, ale uprzedziłem go.
- Zostaw mnie...! - słowo "tata" nie chciało mi przejść przez gardło - Chcę być sam! Zobacz, do czego dopuściliście! - Wskazałem ręką ruiny Nowego Jorku. - Co teraz zrobi Olimp?!
- Percy... - zaczął Posejdon
- Co teraz zrobi?! Co zrobicie?! Z tamtego świata nie zostało NIC! - z tymi słowami uciekłem, a on mnie nie zatrzymywał. Pobiegłem do tego miejsca, trasą, którą znałem już na pamięć. Mijałem zrujnowane budynki, ulice i inne slady cywilizacji. Teraz cała Ameryka tak wyglądała.
Już na miejcu zauważyłem, że z mojej złości nie zostało już prawie nic, został jedynie smutek. Upadłem na kolana i zaniosłem się łzami.
- I co teraz będzie? - szepnąłem do siebie przełykając łzy. Poczułem jej rękę na ramieniu. Thalia, jedyna towarzyszka mojej niedoli. Spojrzałem w te jej błękitne oczy.
- Percy, ja... - wiedziałem, co chciała powiedzieć. Powoli wstałem i otrzepałem spodnie.
- Dobrze, chodźmy. - Obróciłem się i ostatni raz spojrzałem na jedyną rzecz, która pogorszyła dla mnie całą sytuację. Dla innych było to bez znaczenia, jedna ofiara wojny więcej. Ale nie dla mnie. Patrzyłem się na nagrobek z wyrtym nazwiskiem "Annabeth Chase"

___________________________
Dobra, pierwszy post jest. Wszystko to (mam nadzieję) jakoś brzmi, ale mam nadzieję, że nie zbyt tragicznie --> to do wielbicieli Percabeth.
I jeszcze jedna zasada moich wszystkich blogów: czytasz=komentujesz, nawet jeśli ci się nie podoba.

Maria