sobota, 1 marca 2014

Rozdział 6

Wszystko jest szare, bezbarwne i kompletnie pozbawione wyrazu. Pojęcia takie jak materia czy też rzeczywistość nie istnieją. Kształty nie mają brzegów, kolory wyrazu. Wszystko jest identyczne. Jedynie moja postać niesie z sobą dynamikę koloru, tak bardzo wyróżniająca się w tej szarości. A kiedy postępuję krok w przód, miejsce, którego dotknęły moje stopy rozkwita kolorem.
- Annabeth! - próbuję biec w jej stronę, lecz w tym tłumie czarno-białych postaci jej szara sylwetka szybko znika mi z oczu. Odpycham na boki wszystkich dookoła, idę jedynie do niej. Kiedy wreszcie ją widzę, żal mnie za serce chwyta. Jest taka przygnębiona, smutna... Cicho podchodzę i gładzę ją po policzku, a na jej twarzy pojawia się rumieniec. Podnosi wzrok i mruży oczy, jakby próbowała dostrzec coś ulotnego. Całe jej ciało jest już prawie normalne, jednakże jest mi jakoś słabo. Spogląda na mnie i szepcze:
- Percy, co ty najlepszego zrobiłeś? - patrzę na moją rękę i z przestrachem zauważam, że jestem już prawie całkowicie identyczny jak wszystkie te szare postacie, podczas gdy Annabeth wygląda już prawie normalnie. Tylko na moim sercu jest jeszcze trochę koloru.
Kiedy patrzę w oczy Ann, widzę ból, który pewnie teraz czuje. Odpycha mnie od siebie szybkim, zdecydowanym ruchem, a ja spadam w jakąś otchłań, bezdenną czeluść, a w mojej głowie są tylko jej ostatnie słowa. "Nie możesz."

Podrywam się w górę i siadam na łóżku. Serce wali mi tak mocno, że jest to jedyny dźwięk, który rejestruje mój umysł. To tylko sen, to tylko sen, powtarzam sobie, może aby się uspokoić. To tylko sen.
Rozglądam się nieprzytomnie, przez chwilę myślę, że Annabeth za chwilę wejdzie i mnie pocałuje. I powie do mnie "Glonomóżdżku". Po chwili otrząsam się. To wszystko jest moją wyobraźnią. Mam nagły napad nostalgii. Za każdym razem czuję się, jakby w mojej głowie brzmiał jakiś głośny pisk. Upadam na ziemię i łapię się za głowę. Natłok wspomnień. Słyszę pukanie do drzwi chyba dopiero po znaczącym czasie od jego początku.
- Chwila - Wołam. Naciągam spodnie na siebie i zakładam obozową koszulkę. Drzwi się otwierają i widzę w nich Thalię. Jej długie czarne włosy związane są w warkocza. Ma na sobie dżinsowe spodnie i zielony T-shirt Pod jej oczami widnieją ciemne kręgi. Czyli koszmary nawiedzają także ją. Szczerze mówiąc nie dziwi mnie to.
- Mamusia cie nie uczyła, że nieładnie gapić się na innych?!- warczy. Czyli humorek też nie dopisuje.- Przyszłam cię obudzić, ale widzę że zrobiłeś to sam. Z łaski swojej idź teraz obudzić Nico. - z tym miłym akcentem kończy dyskusję wychodząc z pomieszczenia.
Wychodzę z mojego "pokoju". Staję przed drzwiami i pukam. Odpowiada mi cisza, więc wchodzę. Jest ciemno, więc trochę trwa dopóki nie przyzwyczajam się do tego światła. Zapalam lampę. Nikogo nie ma.
- Czego chcesz? - słyszę za sobą. Odwracam się i widzę... właściwie nic. Lampa gaśnie prawie w tej samej chwili, w której ją zapalam. Syn Hadesa chyba lubi ciemność. Ookej, to zabrzmiało trochę głupio.
-Nico, odpuść sobie. - mówię niezbyt głośno, bo sam przecież przed byłem zaspany. - Obudź się.
- Przecież nie śpię. Przez ciebie. Która jest niby godzina?! - wcale nie brzmi to oskarżycielsko, ale nie mogę powstrzymać uśmiechu.
- Wpół do komina. Wstawaj, czas iść na wyprawę- mówię starając się nie zabrzmieć natrętnie.
- Spadaj - mruczy chłopak w poduszkę. No dobra, wydaje mi się, że jestem jedyną osobą na świecie (nie przesadzam!), która dzisiaj nie ma złego humoru.
- Sam tego chciałeś - Już po chwili chłopak jest cały mokry.
- *Χολέρα, Πέρσι... - mruczy po grecku. Nie chcę mu już przeszkadzać, więc wychodzę z jego sypialni. Wchodzę do kuchni gdzie stoi Thalia. Akurat robi sobie kawę.
- Chcesz?- pyta. Kiwam głową. Przyda mi się coś pobudzającego.
_________________
*Cholera, Percy
Bardzo przepraszamy, że nie było tyle rozdziałów. Mamy nadzieje, że nam wybaczycie.
Miłego czytania
Maria i Lena